sobota, 27 października 2012

Skarby ze strychu.

   Ostatnio chwaliłam się, że podczas przypadkowej wizyty na strychu odkryłam kilka skarbów. Nie są to może cenne przedmioty, ale jeśli chodzi o mnie, to i tak mnie strasznie ucieszyły. 
   Znalazłam na przykład długi drąg. Od kilku tygodniu głowiłam się, jak w ciągu dnia wietrzyć pościel skoro nie mam balkonu, więc taki kawałek gałęzi był na wagę złota.


    W kuchni firanki wisiały na prowizorycznych zazdroskach, a teraz wiszą na cudnych drewnianych karniszach. Znalazłam dwa krótsze, idealnie pasujące do kuchni i dwa dłuższe, dla których nie znalazłam jeszcze miejsca. W środku tego karnisza firanka wisi sobie na zwykłym, najzwyklejszym kijku!


    No i jeszcze obrazek z jednym z moich ulubionych świętych ( trochę niżej możecie przeczytać o zgubionym swetrze, więc można się domyślić, że prawdziwy ze mnie słoń trąbalski zapominalski - a święty Antonii na prawdę zawsze pomaga!!!:) Obrazek wprawdzie jest byle jakiej jakości, ale i tak mi się podoba.


    Z serii pierwszy raz: W zeszłym tygodniu zebrałam też trochę nasionek! Z aksamitek nasion było pełno! Z innego kwiatka ( zapomniałam teraz jak się nazywał) malutko, ale za to łatwo było je poznać. A jeśli chodzi o cynie, to nie mam pojęcia czy to co jest w kopercie to w ogóle nasiona;)


   W czwartek byłam na koncercie Starego Dobrego Małżeństwa...ale czy na pewno? Pisałam już, że SDM się rozpadło. Potem się okazało, że Myszkowski jednak gra pod szyldem SDM. I jak było? Było wspaniale, ale to jednak nie było SDM. Myszkowski głos ma jedyny taki na świecie, cudny, i powinien grać pod swoim nazwiskiem, bo piosenki też ma magiczne.






Sobień.

    Kiedy wracałyśmy z Rajskiego, udało mi się jeszcze zabrać Madzię na sobieński zamek. Nawet pobawiłam się trochę w Sabinę P-Sz. ( pozdrawiam:*) i na chwilę zamieniłam się w przewodnika, bo coś tam o tym zamku czytałam, no i byłam tam kilka razy, w tym raz z Sabiną.
     Gdybym wiedziała wcześniej, że tam będziemy, to przypomniałabym sobie też którąś z legend Potockiego o Sobieniu, bo jeśli mam być szczera, to mi się już te wszystkie księżniczki i rycerze mylą. Pamiętałam tylko, że na pewno jakaś niewiasta się tam do Sanu rzuciła. Przyjechałam do domu, otworzyłam legendy i okazało się, że nie jedna, a minimum dwie! 









Raj.

   Ostatni piękny weekend października wykorzystałyśmy z Madzią T. na wyprawę do Rajskiego, a potem zrobiłyśmy pętlę Rajskie- Zatwarnica -Rajskie (pojechałyśmy jedną drogą, a wracałyśmy inną). W trakcie można oczywiście robić sobie przystopy - zmęczony człowiek to i język zmęczony i głupoty splata:) W trakcie jednego przystopa zapomniałam swetra ( w razie gdyby ktoś znalazł , SZARY, prześliczny:) to proszę o zwrot!


 
  Jesień zapierała dech w piersiach! Oczywiście ja się zachwycałam, a MT jak zwykle myślała trzeźwo za nas obie. I tak np. fragment naszej rozmowy:

Madzia T.: Gdzie jesteśmy?

Ja: To już jest Polańczyk Madziu, zaraz Wołkowyja i jesteśmy rzut beretem od Rajskiego.

Madzia T.:Acha.

Ja: Ale popatrz Madziu jak tu pięknie. Jakie cudne barwy, kolory. Jesień to chyba moja ulubiona pora roku zaraz po zimie. Bo tak cudownie kolorowo wszystko wygląda. Oczywiście zima zawsze będzie moja ulubiona, no ale jesień jest zaraz za nią. Jakie to niebo niebieskie. A ten las, no widziałaś kiedyś coś piękniejszego???

Madzia T.:  Siku mi się chce.





   W trakcie rowerowania  okazało się, że mapę mamy do kitu jakąś. Ja nawet przyznaję, że w pewnym momencie to już miałam lekkiego stracha, bo nie miałam pojęcia gdzie jesteśmy. Ja bardzo lubię bycie zaskakiwanym i lubię niespodzianki, ale w środku lasu to może jednak nie lubię być zaskakiwana i nie lubię niespodzianek:)



   I jeszcze w związku z boskim niebieskim niebem przypomniał mi się pewien cytat z Zakapiorskiej Księgi:)
J. Bet tak śpiewał o Jędrku Połoninie:„Bo mówił wszystkim prosto w oczy, że kląć nie trzeba na ten świat, bo można leżeć nawet w błocie i patrzeć w niebo pełne gwiazd.” 


      Ludzie muszą przestać tyle narzekać. Przecież świat jest taki piękny.





czwartek, 25 października 2012

Liście.

   Jeśli ktoś mnie zapyta, kiedy ostatnio widziałam coś magicznego, to powiem mu, że w ostatni czwartek października. Wieje wiatr, liście latają jak szalone - jest przepięknie, i to na pewno jest MAGIA. 


      A na koniec coś, co ostatnio powiedziała mi moja siostra Asia, a co bardzo mi się spodobało.
   
Nigdy nie żałuj że coś zrobiłaś, jeśli robiąc to choć przez sekundę byłaś szczęśliwa.



piątek, 19 października 2012

Jesień, ach to ty!

   Chciałam się tylko pochwalić dwoma rzeczami. Po pierwsze znów mam Internet! W ramach zakładania internetu wychodziłam na strych, i nie uwierzycie jakie cuda tam znalazłam! Będę się chwalić stopniowo:)

   Po drugie, w tym roku po raz pierwszy robiłam opienki w zalewie octowej i wyszły PRZEPYSZNE ( jestem właśnie po pierwszych testach;)


   Ach, i jeszcze ta piękna jesień za oknem!


niedziela, 14 października 2012

czwartek, 11 października 2012

Bratki, co przywołują pogodne myśli!

      Ostatnio dowiedziałam się od koleżanki, że Stare Dobre Małżeństwo ( o ironio!) się rozpadło. Od kilku dni w mojej głowie cały czas się śpiewa ta piosenka. I mój ulubiony fragment z tej piosenki : „ Wojna to będzie straszna, bo czas nas będzie chciał zniszczyć”. I nie chodzi tylko o znaczenie słów, tylko sam fakt ich brzmienia. 


    I jeszcze kilka zdjęć z serii miszmasz.
   W końcu znalazłam zastosowanie dla starej makutry wygrzebanej w piwnicy. Zasadziłam w niej pietruszkę na nać.






    W doniczkach przed domem stoją teraz bratki – wrzosy zostały eksmitowane do ziemi. Wiecie, że bratki przywołują pogodne myśli?




   Ach i  jeszcze dwie tęcze!!! Jedna miała chyba początek u sąsiada w ogródku, i nawet zastanawiałam się, czy nie iść szukać skarbu zostawionego przez irlandzkiego krasnoludka - bo według irlandzkich legend na końcu tęczy czeka garnek ze złotem!


Pozdrowienia ze szkolnej biblioteki:)

Cisna.


   Kolejne marzenie spełnione!!! W  notesie miałam zapisane: Cycle from Cisna to Komańcza (  kuzyn powiedział, że z Cisnej do Komańczy jedzie się prawie cały czas z górki). Niestety logistycznie było to trochę trudne do zorganizowania i dlatego stwierdziłam, że jak dam rade 30 kilometrów, to 60 też dam. Madzia T. pojechała ze mną. Było fajniej niż się spodziewałam, a na następny dzień nie bolało nas NIC! Przy okazji co chwilę byłyśmy dowartościowywane przez miejscowych Panów Żuli: jeden bardzo chciał poleżeć z nami na trawie, a drugi zabrać nas do domu. Ten drugi to się zdarzył pod sklepem w Woli Michowej. Do sklepu poszłyśmy po jedną rzecz – po lody – i akurat lodów tam nie mieli:)
   Z moich przemyśleń wynika jedno – skoro słońce może nam świecić prosto w oczy w obie strony, skoro wiatr może nam wiać prosto w twarz w obie strony, to dlaczego nie możemy mieć z górki w obie strony? Czy ktoś z Was zna jakieś trasy rowerowe, żeby było zawsze z górki?:)


 

   
    Na jednym zdjęciu widać moją ulubiona czapkę – lubię jak ludzie się uśmiechają, a na widok tej czapki się uśmiechają. I nawet jeśli śmieją się ze mnie to ok.
    Widać tez moją jeszcze białą koszulkę. Potem było na niej już wszystko – smar ( bo spadł mi łańcuch), czekolada z lodów (mieli w Komańczy- nie mam pojęcia jak się tam znalazła:), kurz ( z auta – jakoś trzeba była załadować rowery do auta). I w sumie fajnie, że była to biała koszula – w praniu plamy się nie puściły i teraz mam lepszą pamiątkę z wycieczki niż zdjęcia:)
   W Smolniku prze drodze po obu stronach drogi wartę pełniło stado krów. W Radoszycach parenaście kóz zastanawiało się czy przekroczyć drogę czy jednak nie. A w Maniowie na drodze stał koń. Jakoś dziwnie spokojny był, więc istniało podejrzenie, że zaraz wpadnie w szał.
   Po drodze do domu stanęłyśmy jeszcze na cmentarzu w Kulasznem pomodlić się za Andrzeja Wasilewskiego Połoninę – na grobie leżało piwko. Jeśli jeszcze nie czytaliście książki Potockiego „Majster Bieda czyli Zakapiorskie Bieszczady” to przeczytajcie. Ja przeczytałam dwa razy i mówię wam-  w tej książce jest coś smutno-magicznego.

Na zdjęciu niżej widok z Kulasznego.