czwartek, 24 stycznia 2013

Kuchennych przebojów ciąg dalszy.

   No więc co my tu mamy... Przede wszystkim nie mamy aparatu, który musiałam oddać prawowitej właścicielce ( czytaj: Basi). I jakoś tak chwilowo przez ten brak aparatu straciłam motywacje do kolejnych postów. Dziś zrobiłam kilka zdjęć laptopem, ale to jednak nie to samo. Chciałam się pochwalić kuchnią. Już prawie skończona. W miejscu dziury między meblami w końcu stanęła brakująca szafka. 

Tak kuchnia wyglądała kiedyś: szkoda, że nie udało mi się zrobić zdjęć ze starymi oknami:/


 A tak wygląda teraz: 

Co my tu mamy...mamy szafki z Ikei, składane dumnie przeze mnie. Mamy półki/deski z Castoramy, mamy bibeloty z USA, Anglii i Irlandii chowane i odkładane przeze mnie pieczołowicie od 10 lat. Mamy starą śliczną makutrę z pietruszką - znalezioną w piwnicy u cioci Z. i młynek na pieprz po babci. Mamy formę na babki z graciarni galicyjskiej, którą dostałam w prezencie od Eli i Wujka J. Mamy wino poziomkowe z Jaślisk ( nie mieli truskawkowego), i piwo od S. domowej roboty...które ponoć nie nadające się już do spożycia. Mamy blat przywieziony z Rzeszowa Czesławem...dałabym się pokroić, że nie wejdzie do auta, ale telefon z Castoramy do Pawcia, usłyszane zapewnienie, że jednak się zmieści...no i się zmieścił. Mamy pralkę zakrytą  materiałem w mój ulubiony kuchenny wzór, a materiał był prezentem od pewnej bardzo miłej Pani. Mamy zazdroskę ( kupiona za 1 zł na szmatkach, ucięta w połowie i obszyta - więc jedna wyszła za 50 gr...śliczna zazdroska za 50 gr...no szaleństwo normalnie, szaleństwo). No i firanki uszyte z obrusu za 3 złote. Lubię tę kuchnię. Ale i tak tęsknie do tej wydrzańskiej...bo tamta miała to coś, a w tej dalej czuje się trochę...nieswojo.


   A ta szafka z koszykami wiklinowymi to właśnie ta brakująca. Miała to być normalna szafka z drzwiczkami, ale ponieważ osoba, która mi ją kupiła zamiast dwóch drzwiczek na 30 cm kupiła przez pomyłkę jedne na 40 cm (wyślij tu faceta na zakupy:) postanowiłam coś innego wykombinować. I wyszło chyba ładniej niż z drzwiczkami. I to właśnie podoba mi się w Ikei: jak będę chciała to sobie kupię drzwiczki, albo nie, albo w innym stylu, albo wymienię tylko jedną  szafkę...kombinacji jest wiele. A najbardziej podoba mi się w Ikei to, że samemu trzeba sobie te szafki złożyć. To cudowne do jakiej wprawy po pewnym czasie dochodzi człowiek. Zamontowanie nóg zajęło mi i mojej mini wkrętarce 4 minuty!!! 


   A poniżej jeszcze zdjęcie na którym i tak nic nie widać...niestety:) To wydarzenie to był highlight mojego miesiąca. Mój samochód po raz kolejny rano odmówił posłuszeństwa. I z tego zmartwienia, jak wychodziłam z auta zapomniałam wrzucić bieg albo ręczny. Wróciłam do domu. Po godzinie przypadkowo patrzę przez okno, a mój samochód, perfidnie i z premedytacją na moich oczach jedzie do przodu!!! I nie, nie zatrzymał się na łące po drugiej stronie drogi tylko perfidnie i z premedytacja na środku drogi!!! Oczywiście Czesiek nie dał się ruszyć ani w przód ani w tył. Straszna sytuacja to była i nie mam pojęcia czemu chichrałam się przez kolejna godzinę. 
P.S. Dziękuje dobrym sąsiadom, którzy jak zwykle uratowali mi tyłek...i Cześka tyłek też!!!

   I jeszcze opowiem o Karlikowie! Teraz w soboty i niedziele pomagam Sabinie P.Sz. w barze. Generalnie zasuwam na zmywaku, w mojej małej naczyniolandii, której jestem królową, a zajęcie to sprawia mi dziką przyjemność. Wszyscy którzy mnie znają wiedzą, że na wszystkich rodzinnych uroczystościach to ja mam dyżur na zmywaku!!! I zmywam te naczynia z piosenką w sercu! Więc teraz naczyń mam pod dostatkiem. Ruch jest ogromny, z czego oczywiście bardzo sie cieszymy. Ale wracając do Karlikowa, zapraszam wszystkich na narty, albo na bigosik ( pycha), albo na kulig. Jest  BOSKO! Więcej informacji znajdziecie tutaj: KARLIKÓW

I jeszcze na koniec Hans Zimmer, którego niby znałam od dawna, ale odkryłam na nowo niedawno. Buźka!